HOME



Drogi Czytelniku,

Jeśli szczerze interesuje Cię to, co publikujemy, i uważasz, że warto udostępniać ten materiał w wersji polskojęzycznej, a znasz angielski i znajdziesz trochę czasu - zapraszamy do współpracy!

Poszukujemy osób chętnych do współpracy przy przekładzie książki "The Secret History of the World" i do kilku innych projektów.

UWAGA!
Przeczytaj, zanim napiszesz do nas, albo jeśli nie otrzymałeś odpowiedzi.


Napisz do nas...


Kasjopea

Wstęp: 0 - 1 - 2 - 3 - 4 - 5 - 6 - 7

Kim są Kasjopeanie?

Zakochana egzorcystka - Opowieść wielu możliwości - Thomas French,
St. Petersburg Times

Najgroźniejsza idea na świecie

Forum Cassiopaea (anglojęzyczne)


- Polska strona Éiriú Eolas


FALA

Część:
0 - 1 - 2 - 3 - 4 -
  - 5 - 6 - 7 - 8 - 9 -
  - 10a - 10b - 10c -
  - 11 - 11b - 11c -
  - 11d - 11e - 11f -
  - 11g - 11h - 11i - 11i
  - rozdział 22 - 22 b


Psychopatia

Fragmenty "Psychopatologii"
PSYCHOPATA – Maska zdrowia psychicznego
Czym jest psychopata?
Protokoły patokratów
Oficjalna kultura - naturalny stan psychopatii?

Na blogu PRACowniA:

Ponerologia polityczna

Psychopatia Schizoidalna (fragment Ponerologii politycznej)
Charakteropatie - paranoidalne i in.
Ponerologia polityczna (Time for change)
  - cz. 2: Rola ideologii w rozwoju złowrogich reżimów (patokracji)
Nuda albo ekscytacja - rzecz o psychopatach
Strukturalna teoria narcyzmu i psychopatii - Laura Knight-Jadczyk
O "Ponerologii politycznej" - Laura Knight-Jadczyk, cz.1


Ezoteryka

Kasjopeanie odpowiadają na pytania o "Wniebowstąpienie"

Kasjopeanie na temat centrów energetycznych i czakramów - Laura Knight-Jadczyk

Historia seksu i uwagi ogólne - Lama Sing

Okłamywanie się, czyli stan ludzkiej maszyny - Henry See

Pierwsze wtajemniczenie - Jeanne de Salzmann

Rola negatywnych emocji w pracy nad sobą - Laura Knight-Jadczyk

Uwagi na temat niewłaściwej pracy centrów - Maurice Nicoll

Umiejętność rozeznania - Świat wewnątrz diabła

Borys Murawiew - Gnoza - fragmenty

Komentarz na temat "Gnozy" Murawiewa
  - Część 1


9/11 i nie tylko


VIDEO - Atak na Pentagon

Komentarze na temat Ataku na Pentagon - Laura Knight-Jadczyk

Teorie konspiracyjne rozkwitają w Internecie - Carol Morello, The Washington Post

Jakiś potwór tu nadchodzi

Osama, Szwadrony Śmierci i Największe Kłamstwo Wszechczasów


Tajemna historia świata


VIDEO - Tajemna historia świata

książka dostępna w języku:
english - français - espanol

polskim:

* Przedmowa
* Wstęp
* Rozdział 1 (a) (b)
* Rozdział 2 (NOWOŚĆ!)
* Rozdział 3
* Rozdział 4



Wysoka dziwność

książka dostępna w języku:
english - français

* Rozdział 1
* Rozdział 2
* Rozdział 3


Arkadiusz Jadczyk


Nasz BLOG PRACowniA z uzupełniającymi materiałami:

PRACowniA


Sztuka iluzji


Korespondencja
z Czytelnikami


Transkrypty sesji:

Rok: 1994 - 1995 - 1996 - 1997 - 1998-2001

Rok: 2011

Rok: 2012

Stary Index i niezweryfikowane sesje z 1994-95

 



Napisz do nas...


"Nie bójcie się o ścieżkę prawdy, bójcie się o brak ludzi, którzy nią kroczą."
Robert Francis Kennedy


"Przeczytałem dzisiaj wiadomości, o ludzie..."
John Lennon


Tyrania, która osiągnęła największy sukces to nie ta, która używa siły do zapewnienia jednorodności, ale ta, która usuwa ze świadomości inne możliwości i sprawia, że wydaje się niewyobrażalne to, iż istnieją inne drogi, i która usuwa poczucie, że istnieje coś poza tym.
Allan Bloom
Zamykając amerykanski umysł


"Niebezpiecznie jest mieć rację w sprawach, w których ustanowione władze się mylą."
Voltaire


Wiara świadomości jest wolnością
Wiara uczuć jest słabością
Wiara ciała jest głupotą.

Miłość świadomości wywołuje taką samą reakcję
Miłość uczucia wywołuje przeciwną
Miłość ciała zależy jedynie od typu i biegunowości.

Nadzieja świadomości jest siłą
Nadzieja uczuć jest niewolnictwem
Nadzieja ciała jest chorobą.
Gurdżijew


Metoda nauki ezoterycznej jest taka sama jak nauki pozytywnej: obserwacja, krytyczna analiza tejże obserwacji i rygorystyczna dedukcja w oparciu o ustalone fakty.
Murawiew, Gnoza vol.1


Zycie jest religią. Doświadczenia życiowe odzwierciedlają sposób, w jaki wchodzi się w interakcję z Bogiem. Ci, którzy są uśpieni, to ci, którzy prezentują małą wiarę w swych interakcjach z kreacją. Niektórzy myślą, że świat istnieje, by mogli go przezwyciężyć, zignorować lub wyłączyć. Dla tych jednostek światy przestaną istnieć. Staną się oni dokładnie tym, co sami wnoszą w życie. Staną się jedynie snem w 'przeszłości'. Ludzie, którzy zwracają dokładnie uwagę na rzeczywistość obiektywną, na prawo i lewo, staną się rzeczywistością 'Przyszłości'.
Kasjopeanie, 28-09-2002


Otrzymywanie informacji o nowościach na witrynie!

Kanał RSS Kasjopea




Cykl Artykułów Pod Tytułem

FALA

Rozdział XIV

Wszystko co jest, to lekcje...

Symbole Rzeczywistości

Autorka: Laura Knight-Jadczyk


Pomysł, że świat materialny, w którym mieszkamy, poruszamy się i prowadzimy nasze życie, stanowi tak naprawdę "system symboli" dla głębszej rzeczywistości, jest dla niektórych ludzi czymś jak najbardziej oczywistym. Istnieje jednak wiele różnych tego interpretacji.

 

Niektórzy ludzie wierzą, że "system symboli" jest jakąś "rzeczywistością stworzoną przez jaźń", manifestującym się po to, żeby "wyższa jaźń" mogła przemówić do świadomości umysłu. Biorąc pod uwagę, że Wszystko jest ostatecznie Bogiem/Jednością,  jest to najprostsze i najprawdziwsze wytłumaczenie. Istnieją z pewnością takie ludzkie zdolności, które mogą bezpośrednio na to wskazywać, np. psychokineza.

 

Chcę jednak przedstawić to z innej perspektywy i innego poziomu. Jedynym sposobem, by mówić o tym używając praktycznych określeń, to opowiedzenie o moich własnych, dziwnych doświadczeniach. Waham się to zrobić, bo nie chcę zanudzić czytelnika, ale jak na razie nie ma lepszego sposobu, by być praktycznym, trzeba przedstawić w miarę konkretne przykłady mogące znaleźć "rezonans" w doświadczeniach innych osób. Postaram się zrobić to jak najzwięźlej, zachowując przy tym wystarczającą ilość szczegółów, żeby oddać prawdziwie niesamowitą złożoność niektórych "kosmicznych przedstawień". Zanim przejdę do możliwości praktycznego wykorzystania tych informacji, muszę wyjaśnić kilka bardzo ważnych spraw.

 

Jak dotąd, przedyskutowaliśmy fakt, że tak Gurdżijew jak i Castaneda oraz Kasjopeanie mówili o "więzieniu", jakim jest rzeczywistość 3-ciej gęstości. Gurdżijew twierdził, że jest tak z powodu "sił", które oddziałują na człowieka, żeby go kontrolować, i siły te są nieco mgliste i pochodzą z innych "poziomów" czy "światów" kreacji. Według Don Juana jesteśmy w więzieniu, ponieważ Drapieżnik "dał nam swój umysł",  żeby móc się nami żywić. Mówi on o wyższych "światach" używając pojęć "nieznane" i "niepoznawalne". Kasjopaeanie twierdzą, że jesteśmy w więzieniu w sumie dlatego, że wybraliśmy ten stan, żeby uczyć się i nabierać doświadczenia - że Bóg/Wszechświat w pewnym sensie "dobrze się bawi" w wielkim Kosmicznym Dramacie zaplanowanym na 7 poziomie i wykonanym na niższych poziomach gęstości, niczym zabawa w pisarzy, producentów, reżyserów, aktorów itd. A wszystkie te role są "odgrywane" przez Jedną Istotę.

 

Jednocześnie Uspieński sugeruje, że możemy również wybierać siły i prawa [albo odgrywane role], pod wpływem których chcemy żyć. Napisał tak:  

Siły przepływają przez człowieka, a on bierze je za własne pragnienia, sympatie, zauroczenia. Ale to tylko siły przepływające przez niego ze wszystkich stron.  

W tej sytuacji życiem człowieka rządzi "prawo przypadku". Kasjopaeanie twierdzą, że ta "przypadkowość" oznacza, iż człowiek podlega systemowi kontroli, zaprojektowanemu po to,  żeby utrzymywany w zagubieniu i nieświadomości, pozostał "pożywieniem" dla istot z wyższych gęstości. Don Juan mówi o czymś podobnym. Ja nazwałabym to prawem chaosu.

 

Uspieński/Gurdżijew sugeruje, że ten stan zagubienia i przypadkowości zaczyna zanikać, kiedy zaczynamy się "budzic". Wskazuje, że "jest to prawo obszerne i zróżnicowane. Kwestia stopnia. Tylko w Absolucie są rzeczy absolutne. Dla nas to długa droga pod górę, ale z każdym pokonanym szczeblem zyskujemy więcej wolności". Sugeruje, że w rzeczywistości nie jesteśmy w stanie niczego ZROBIĆ - to znaczy mieć jakiejkolwiek kontroli nad naszymi wyborami i wybieranymi kierunkami, dopóki nie osiągniemy wyższych poziomów, a jedyny na to sposób, to zacząć starać się zrozumieć te wpływy, ponieważ, jak mawiał, "jeśli wiemy, możemy coś zmienić".

 

Wygląda na to, że mówiąc "wiemy", miał na myśli część procesu otwierania się na "wyższe siły". Wspomniał, że "wyższe siły, czy wyższe wpływy są czymś normalnym, kosmicznym. Możemy się na nie otworzyć, lub od nich odciąć. Jeśli pozostajemy w stanie snu, jesteśmy na nie zamknięci i to tym bardziej, im bardziej pogrążamy się we śnie. Gdy się budzimy, otwieramy sie na wyższe wpływy.

 

To "otwieranie się na wyższe siły" wydaje się być kluczowe, ponieważ możemy wówczas zacząć rozróżniać, od których "wyższych źródeł" pochodzą poszczególne wpływy i poprzez pewną zmianę świadomości dokonać wyboru, którym wpływom chcemy "podlegać".

 

Wracamy tu do przykładu "Przesłaniających się Rzeczywistości", gdzie rzeczywistości te są opisywane jako "Centra Myślowe" przecinające wszystkie gęstości. Uspieński zauważa, że:  

"Człowiek, a nawet cała ludzkość, nie istnieje oddzielnie, ale jako część całego organicznego życia. Ziemia potrzebuje organicznego życia w całości - ludzi, zwierząt i roślin. Promień Stworzenia jest rosnącą gałęzią, a to połączenie jest konieczne, by ta gałąź mogła wzrastać dalej. Nic nie jest oddzielne, a mniejsze rzeczy, jeśli istnieją, służą czemuś większemu... Życie organiczne jest szczególną częścią kosmicznej całości, a człowiek jest częścią tej ogromnej masy organicznego życia. Ma możliwość dalszego rozwoju, ale rozwój ten uzależniony jest od jego wysiłku i zrozumienia. To prowadzi do kosmicznego celu, który zakłada, że pewna ilość ludzi powinna się rozwinąć, ale nie wszyscy, bo przeczyłoby to innemu kosmicznemu celowi. Najwyraźniej ludzkość musi znajdować się na Ziemi, tu wieść swoje życie i cierpieć. Ale pewna ilość ludzi może uciec i to również stanowi część kosmicznego celu..."

Robi się to - jak sugerują Kasjopeanie - poprzez stawanie się świadomym znaczenia Symboli Rzeczywistości. Na początku stajemy się świadomi symboli manifestujących się w nas samych - fizycznie, psychicznie, emocjonalnie i umysłowo - a potem poszerzamy tę świadomość na zewnatrz w celu zrozumienia środowiska. Wydaje się, że nasze środowisko i doświadczenia, indywidualne i wspólne, odzwierciedlaja naszą Selekcję Wpływów. Musimy zatem po pierwsze poznać siebie, swoje myśli i działania, i skąd się one biorą, to znaczy, który "wpływ" dominuje, wtedy możemy zacząć wybierać, czy będziemy, czy też nie, współoddziaływać - lub "współgrać" - z tym wpływem. Nasze otoczenie i nasze doświadczenia zaczną ujawniać "wyniki" tych wyborów, dając nam tym samym "system odpowiedzi" potwierdzających bądź zaprzeczających "słuszności" naszego wyboru. A nasze wybory, dokonane w stosunku do naszej rzeczywistości, mogą być zależne albo od "zewnętrznej percepcji", albo od "wewnętrznej percepcji". Uspieński stwierdził:  

"Kiedy zaczynamy poznawać siebie, uwalniamy się od prawa. [...]Tak więc, aby uwolnić się od praw, po pierwsze koniecznym jest znaleźć jedno prawo, od którego możemy się uwolnić, i uwolnić się od niego. Uwolniwszy się od tego prawa, możemy znaleźć kolejne. Znów się uwolnić i tak dalej. To praktyczny sposób na badanie praw. ...Są prawa, które przeszkadzają nam na wszystkie sposoby albo trzymają nas w swoim jarzmie..."

Uwolnienie się od "praw zamieszania i przypadkowości" możliwe jest na wiele sposobów. Można to zauważyć, studiując obszerną literaturę, która pojawiła się pod wpływem wielu religii i filozofii. Kiedy jednak bada się ogół tego materiału, pewne rzeczy stają się oczywiste dopiero przy porównywaniu. Gurdżijew określa te problemy dość wyraźnie i opisuje je jako "Cztery Drogi".

 

Rozmawialismy o umyśle, iluzji i "Jedności" wszystkiego. Tak, wszystko jest umysłem/ świadomością... ale podczas całej tej pracy uważałam, że powinniśmy być tu "praktyczni" i zajmować się sprawami, które są nam bardziej dostępne na naszym własnym poziomie rozwoju. Jesteśmy w 3-ciej gęstości. Takie są fakty. Nasze obecne "cząstki świadomości" tutaj się skupiają. Próbując więc przeskoczyć z 3-ciej gęstości do "Osiągnięcia Jedności", używając kosmicznych pojęć, to tak jakby postawić wóz przed koniem i skoczyć bezpośrednio do abstrakcyjnej koncepcji 7-mej gęstości. Tak, możemy się czegoś - w ograniczonym zakresie - o nich dowiedzieć, możemy się nimi pobawić, ale żeby mogło nam się to przydać w praktyce, musimy się dowiedzieć, czego musimy się nauczyć, żeby zrobić kolejny krok - tu i teraz. To chyba swego rodzaju "prawo" i tu właśnie zaczyna nam się wszystko plątać. Ale znów, istnieje ku temu powód, jak się wkrótce przekonamy.

 

Wiele channelingowych źródeł wspomina o idei "Bycia Jednością", o Iluzji tworzonej pezez Umysł i wszystko to jest PRAWDĄ! Oszustwo pojawia się w momencie, kiedy sugerują, że wszystko co mamy do zrobienia, to usiąść pod Drzewkiem Bo, wpatrywać się we własny pępek i stać się Buddopodobnymi. Tak, w pewnych bardzo rzadkich wypadkach JEST to możliwe, w innych możliwe jest również osiągnięcie "mocy", ale kiedy poddać analizie literaturę - owe "Owoce Agendy" - znajdzie się w takim nauczaniu trochę zabawnych drobnych błędów.

 

W mailu wysłanym niedawno do grupy dyskusyjnej ktoś zacytował słowa Carli Rueckert McCarty:  

"Jak dla mnie, są zasadniczo dwie drogi duchowej pracy w tej gęstości, droga miłości i droga mądrości. Generalnie, powiedziałabym, że Buddyzm podąża drogą mądrości, a Chrześcijaństwo drogą serca. W strukturze mądrości zdobywasz wiedzę, pokój, oderwanie, zmierzasz w stronę uczucia pustki i nicości. Jest to droga spokoju i pojednania, moim jednak zdaniem jest powolniejsza od drogi miłości. Na drodze miłości możesz osiągnąć współczucie, czystą pasję i wolę, która za tym idzie, a dążysz do uczucia pełni i jedności wszystkiego. Co do mnie, wygląda na to, że moja praca w tej gęstości jest podążaniem za miłością pojawiającą się w danym momencie, otwieraniem serca na trwającą właśnie chwilę i kochaniem. Zazwyczaj nie jest ona spokojna i wyciszona, ale to chyba dobrze. Myślę, że to kwestia preferencji. Obydwie drogi są pomocne w nauce".

 

To bardzo standardowa New Age'owa interpretacja. Jest nieco "szersza" i bardziej otwarta od perspektywy chrześcijańskego fundametalizmu, ale niedużo. Jest w rezultacie Drogą Mnicha lub Świętego.

 

W rzeczywistości istnieje więcej niż dwie drogi, jest ich, jak wspomniałam powyżej, Cztery. Mamy "drogę mnicha","drogę jogina", "drogę fakira" oraz, jak zaproponował Gurdżijew, "czwartą drogę", która wyraźnie powstała w wyniku długiego kontaktu Gurdżijewa z naukami Sufich i jest bardzo zbliżona do tego, co zalecał Don Juan (do pewnego momentu), a także do tego co objaśniali Kasjopeanie.

 

Droga "mnicha" jest w dużej części podobna do tego, co korespondentka opisała powyżej jako swój "wybrany sposób". To "droga wiary", droga uczuć religijnych, religijnego poświęcenia. To droga dla ludzi z wielką religijną wrażliwością i wyobraźnią. Długa i trudna droga, jak odnotowała sama autorka - "zazwyczaj nie jest ona spokojna i wyciszona, ale to dobrze". Taka droga to długie lata zmagania się ze swoim ego i swoimi emocjami - z uczuciami. Podporządkowywanie wszystkich emocji jednej, a przez to rozwijanie wewnętrznej jedności. Ktoś taki pracuje nad rozwojem "emocjonalnej WOLI". Nasza korespondentka stwierdza to wyraźnie, mówiąc: " na drodze miłości możesz osiągnąć współczucie, czystą pasję i wolę, która za tym idzie, a dążysz do uczucia pełni i jedności wszystkiego".

 

Gurdżijew podsuwa jednak myśl, że u takiej osoby ciało fizyczne i ciało umysłowe mogą pozostać nierozwinięte, a wtedy żeby WYKORZYSTAĆ osiągnięcia Mnicha/Świętego, należy skupić uwagę na rozwijaniu ciała i zdolności myślenia. Można  tego dokonać poprzez kolejne poświęcenia. Mnich musi zostać joginem i fakirem. Dokonuje tego bardzo niewielu, umierają bowiem zanim uda im się pokonać te trudności.

 

Droga "mądrości", jak Carla ją nazywała, lub inaczej "droga jogina", to droga wiedzy, droga umysłu. Polega na rozwijaniu umysłu, może jednak w efekcie skutkować tym, że - jak zresztą trafnie zauważyła Carla - ciało i uczucia pozostaną nierozwinięte. Carla mówi, że "w strukturze mądrości zdobywasz wiedzę, pokój, oderwanie, zmierzasz w stronę uczucia pustki i nicości. Jest to droga spokoju i pojednania...". Nie doskonaląc jednak ani fizycznego, ani emocjonalnego ciała, ktoś taki może nie być w stanie wykorzystać swoich osiągnięć, dopóki nie cofnie się, by pracować nad ciałem i emocjami. Taki człowiek "wie wszystko", a nie może niczego ZROBIĆ. Musi cofnąć się i pracować nad osiągnięciem rezultatów poprzez uporczywe stosowanie swojej wiedzy. Główna różnica pomiędzy drogą wiedzy a drogą fakira czy mnicha polega na tym, że jogin ostatecznie dochodzi do zrozumienia swojej sytuacji, uświadamia sobie czego mu brakuje, co musi zrobić i w jakim kierunku podążać. Ale ponownie, bardzo niewielu tego dokonuje, ponieważ umierają przed osiągnięciem celu.

 

Droga fakira jest drogą walki z ciałem fizycznym. Jest długa i trudna. Celem jest osiągnięcie "transcendencji" poprzez rozwijanie fizycznej woli i władzy nad ciałem. To z kolei uzyskuje się w wyniku potwornych cierpień, porzez torturowanie ciała. Cała sprawa sprowadza się do niewiarygodnie trudnych fizycznych poświęceń, jak na przykład stanie bez ruchu w tej samej pozycji przez wiele godzin, dni, miesięcy czy lat... i takie tam. Jeśli fakir nie rozchoruje się i nie umrze, zanim dotrze do swego celu, może coś osiągnąć. Co osiąga? Nabywa fizyczną wolę. Nie ma jednak do czego jej użyć. Nie może jej wykorzystać do zdobycia wiedzy czy samodoskonalenia, ponieważ zwykle jest na to już za stary i umiera. 

 

Na drodze fakira nie ma zwykle żadnego nauczyciela. Praktykujący mógł być świadkiem jakiegoś nieprawdopodobnego wyczynu woli, który zrobił na nim takie wrażenie i tak go opętał, że pragnie go umieć powtórzyć - żeby samemu mieć takie osiągnięcia.

 

Na drodze mnicha nauczyciel JEST podstawą. Częściowo praca na drodze mnicha polega na całkowitym zaufaniu nauczycielowi i poddaniu się jemu bądź jego naukom z absolutnym posłuszeństwem. Podstawą tej drogi jest wiara w Boga, wiara w miłość Boga, nieustający wysiłek posłuszeństwa i służby Bogu. Oczywiście, jak pokazuje historia religii, rozumienie idei Boga i służby Bogu może być bardzo subiektywne i wewnętrznie sprzeczne. Na szczęście obecnie coraz bardziej do przyjęcia jest świadomość, że "droga mnicha" może funkcjonować w różnych kontekstach, tak więc ludzie ci są mniej skłonni zabijać tych, którzy nie podzielają ich szczególnej koncepcji Boga. Wciąż jednak ci, którzy podążają tą drogą, uporczywie trwają w przekonaniu, że ich droga jest "najlepsza" czy choćby "lepsza" od innych. Carla tego nie mówi. Twierdzi, że "droga serca" jest "szybką ścieżką", i dla niej oraz dla wielu innych osób rzeczywiście jest - z pewnego powodu, o czym jeszcze będziemy rozmawiać.     

 

Na drodze jogina, ktoś zaczyna z nauczycielem lub wieloma nauczycielami, a na końcu sam staje się swoim nauczycielem. Poznaje metody uczenia się, a następnie zaczyna stosować je samodzielnie.  

 

Głównym motywem tych trzech dróg jest to, że wszystkie wymagają istotnego wycofania się ze zwykłego życia.  Zmagania muszą odbywać się w "odosobnieniu" czy na drodze osobistej medytacji. Każda z tych metod w istotny sposób stoi w opozycji do codzienności, praktykujący mają więc pewne problemy z dostosowaniem się do "rzeczywistego świata". CZWARTA Droga, według Gurdżijewa i tego co Kasjopeanie oraz Sufi wydają się popierać, nie wymaga ŻADNEGO wycofania się z realnego świata. W przeciwieństwie też do drogi fakira, mnicha i jogina, nie ma ona żadnej "określonej formy".

 

"Praca" na Czwartej Drodze polega na wykorzystaniu życia, jakie dana osoba prowadzi w swoim środowisku, do pracy nad wszystkimi jego aspektami jednocześnie. Pracuje się nad sprawnością fizyczną, rozwojem umysłowym oraz integracją i kontrolą emocjonalną. Osiąga się to przez UWAŻNOŚĆ połączoną z WIEDZĄ i WOLĄ. Adept powinien stać się panem swojego ciała, umysłu i swoich emocji. Głównym wymogiem Czwartej Drogi, zarówno według nauczań Sufich jak i Kasjopean, JEST ROZUMIENIE. W możliwie największym stopniu mamy stać się świadomi rzeczywistości i nie powinniśmy ROBIĆ NIC, czego nie rozumiemy, chyba że robimy to w drodze eksperymentu, który prowadzić może do nowych odkryć i lepszego zrozumienia. Im lepiej rozumiemy CO robimy, DLACZEGO i JAK, tym większa staje się nasza świadomość. 

 

W tym sposobie nie jest potrzebna wiara. W rzeczywistości, wiara jest czymś wręcz przeciwnym. Na "Czwartej Drodze" każdy - poprzez poszukiwanie, przebadanie tematu i eksperymenty - musi "sam się przekonać, czy jest prawdą to, co mu zostało powiedziane". Dopóki nie będzie przekonany, nie wolno mu nic robić "na wiarę". 

 

Jak zauważył Gurdżijew, z tych czterech dróg droga fakira jest najbardziej "niewykończona". Fakir wie i rozumie bardzo mało, ale ma NIESAMOWITĄ władzę nad swoim fizycznym ciałem.

 

"Mnich" wie troszkę więcej. Kieruje się swoją religijną "wrażliwością", wyborem religijnej "tradycji" i pragnieniem spełnienia - to jest, chce ZBAWIENIA. Ufa swojemu systemowi wiary, który ucieleśnia wybranego nauczyciela (Jezusa, Buddę, kogokolwiek), i wierzy, że wszystkie jego wysiłki i ofiary są "miłe Bogu". 

 

Przytoczona wyżej korespondencja pokazuje, jak to działa. Carla stwierdza, że "droga mądrości prowadzi do... pustki" a "droga serca prowadzi... do uczucia pełni". To wszystko sprowadza nas z powrotem do uwag Don Juana odnośnie Drapieżcy:

 

"Aby zapewnić sobie nasze posłuszeństwo, uległość i słabość, drapieżcy ... oddają nam swój umysł, który staje się naszym umysłem. Umysł drapieżców jest barokowy, pełen sprzeczności, posępny, przepełniony obawą przed zdemaskowaniem, które może nastąpić lada chwila.

Wiem, że choć nigdy nie cierpiałeś głodu ... odczuwasz niepokój związany z jedzeniem, który nie jest niczym innym, jak niepokojem drapieżcy, że w każdej chwili jego posunięcie zostanie odkryte i zabraknie mu pożywienia. Poprzez umysł, który w końcu jest ich umysłem, drapieżcy wtłaczają w życie ludzi wszystko, co im pasuje. W ten sposób zapewniają sobie pewne bezpieczeństwo, które niczym bufor neutralizuje nieco ich strach."

Ludzie, którzy wybierają "drogę serca" są wysoce świadomi odczuwanych tychże... sprzeczności, winy (lęku przed możliwością zdemaskowania w każdej chwili) i GŁODU. Stale starają się okazać miłość w obliczu wszystkich tych negatywnych emocji po to, żeby wypełnić pustkę w sobie. Carla opowiada nam o swoim zmaganiu się: "Zazwyczaj nie jest ona spokojna i wyciszona, ale to chyba dobrze".

Typowy stan na tej ścieżce wygląda tak: "Bywam we wszelkiego rodzaju bolesnych i ponurych sytuacjach. Miewam negatywne uczucia w związku z ludźmi czy sytuacjami, albo też same sytuacje, jakie spotykają mnie w życiu bywają negatywne i bolesne. Jednak z własnego wyboru decyduję się przekroczyć to objawiając - poprzez akt woli - MIŁOŚĆ do wszystkiego i wszystkich w każdej z tych ponurych sytuacji. Postępując w ten sposób, "kieruję się współczuciem, czystą namiętnoścą i wolą, która za tym stoi, i dążę do uczucia pełni i jedności wszystkiego".

 

Innymi słowy, mogę być na okrągło zadręczana wewnętrznie i zewnętrznie, ale będę DAWAĆ MIŁOŚĆ, CZUĆ MIŁOŚĆ i koncentrować się na gromadzeniu w sobie tego PEŁNEGO uczucia MIŁOŚCI bez względu na wszystko!

 

Carla pokonuje więc "umysł drapieżcy" odmawiając zaakceptowania sprzeczności, przygnębienia, winy i głodu. I rzeczywiście jest to jakiś sposób na przekroczenie praw... sposób na wytworzenie "walki pomiędzy tak i nie". I - jak pokazuje literetura - z pewnością przynosi to efekty.

 

Gdyby pokusić się o porównanie, to mnich po tygodniu poszczenia, modlitwy i koncentracji na okazywaniu miłości może osiągnąć to, czego fakir dokona po miesiącu tortur. Uwalnia się od umysłu Drapieżcy.

 

Jogin wie znacznie więcej. Dowiaduje się o istnieniu umysłu Drapieżnika i wie, że chce się od niego uwonić. Wie, dlaczego tego chce, zagłębia się więc w zdobywanie wiedzy, jak tego dokonać. Odrabiając swoje "zadanie domowe" dowiaduje się w końcu, że aby uwolnić się spod "praw", musi wyprodukować w sobie pewną "substancję". Dowiaduje się, że istnieją jakieś psychiczne ćwiczenia czy rodzaj koncentracji świadomości, za pomocą których może tę substancję wyprodukować w ciągu jednego dnia. Oczywiście nauczenie się tego może mu zająć całe życie - takie samo całe życie, jakie Mnich spędza na Miłości. Na ogół jednak trwa to trochę krócej, ponieważ jogin zaczyna od pracy z nauczycielem, który osiągnął już pewien poziom, i spora część tej wiedzy daje się praktycznie przekazać, co oszczędza czas.

 

Powyższe porównanie ukazuje nam, że jogin może w ciągu jednego dnia wyprodukować to, co mnich wyprodukuje w ciągu tygodnia, a fakir w ciągu miesiąca.

 

Tak jest, kiedy traktujemy wszystkie te sprawy jako sobie równe. Nie możemy jednak pomijać w tym bilansie faktu, że ktoś mógł już w "poprzednim życiu" "wykonać pracę" na którejś drodze i jest przygotowany do podjęcia tej pracy na kolejnej drodze w życiu obecnym. Dla Carli droga serca jest "szybką ścieżką". Dla innych też może być szybką ścieżką. Możemy domniemywać, że ludzie, dla których ta droga "wygląda na właściwą" i szybko idą nią do przodu, pokonali już drogę jogina i drogę fakira w poprzednim/równoległym życiu. Dla niektórych droga serca jest ostatnim klockiem samo-integracji. Dla nich jest ona wysoce właściwa.

 

Z kolei inni mają już "drogę serca" za sobą i wtedy skupiają się na drodze fakira lub jogina. Jeszcze inni pokonali już wszystkie trzy drogi, i szybko przeskakują w pojedyńczym życiu po rozmaitych drogach, umacniając swoje różnorakie "krystalizacje". Nikt tak naprawdę nie jest w stanie osądzić jednej drogi jako "właściwej", a innej jako "złej". Każdy człowiek jest inny i sytuacje są różne.

 

Czytelnik, u którego materiał zgromadzony na tych stronach wzbudza "rezonans" lub wrażenie "zsynchronizowania" z tym co czuje i/lub wie gdzieś głęboko wewnątrz, prawdopodobnie wykonał już większość z pracy na drogach fakira, mnicha i jogina, a teraz szuka syntezy i praktycznego sposobu na scalenie tej świadomości.

 

Na czwartej drodze, według Gurdżijewa oraz odpowiednich tekstów sufickich (chociaż te są rozmyślnie "zaciemnione"), poszukujący wie o pozostałych drogach, o istnieniu określonych substancji, które muszą być wyprodukowane w ciele - wie, że można je wyprodukować w ciągu miesiąca tortur, tygodnia modlitwy i postu lub w ciągu dnia umysłowych ćwiczeń. Wie również, że substancje te można wyprodukować w inny sposób - mianowicie na Czwartej Drodze, choć niekoniecznie mam tu na myśli Czwartą Drogę w rozumieniu Gurdżijewa i Uspieńskiego.

 

O czym mowa?

 

Zagłębiając się w pismach poświęconych religii, zjawiskom paranormalnym i psi można zauważyć pewne osobliwe powiązania. Istnieją fakirzy i jogini, którzy potrafią kontrolować funkcje swojego ciała w stopniu przekraczającym możliwość zwykłego pojmowania. Potrafią oni spowolnić swój metabolizm, kontrolować pracę serca, sprowokować skrajną ciepłotę lub wychłodzenie, lewitować, biegać całymi dniami bez zatrzymywania się, bi-lokować się oraz materializować przedmioty siłą umysłu. Słyszałam nawet o takich, którzy tak głęboko pogrążyli się w medytacji, że zdarzało im się na oczach uczniów czy braci tak po prostu PUF! - zniknąć nagle w oślepiającym blasku i nie pojawić się nigdy więcej! Najwyraźniej uwolnili się oni w pewnym stopniu od niektórych "praw" 3-ciej gęstości. Jednocześnie możemy przeczytać o chrześcijańskich świętych, którzy czynili podobne rzeczy. Są też szamani z samymi osiągnięciami oraz adepci przeróżnych ścieżek "magii" czy rytuałów, Możemy więc dzięki tym "znakom drogowym" dostrzec, że - tak jak opisał to Gurdżijew - ISTNIEJE tu pewna korelacja.

 

Mamy też "odbiegające od normy cuda", które pojawiają się jakby spontanicznie. W takich wypadkach wciąż od nowa powraca pewne odniesienie, odniesienie do psi i do genetyki - DNA. Raz za razem ktoś wyposażony w "dziwne moce" zauważa coś takiego: "och, odziedziczyłem zdolność widzenia po swojej cioci albo babci, matce, wujku czy kimkolwiek innym". I nie zawsze jest to "widzenie". Jest wiele "mocy", które pojawiają się w się w tym komentarzu.

 

Tak więc, istnieje szczególny związek pomiędzy układem hormonalnym a zjawiskami psi. Wiele poważnych prac naukowych na temat zjawiska "złośliwych duchów" wykazuje, że najczęściej, o ile nie zawsze, zjawiska te zachodzą w obecności dojrzewającego płciowo dziecka bądź "zmieniających się" seksualnie kobiet, włącznie z tymi, które właśnie przechodzą któryś z etapów przekwitania. Hormony produkowane przez gruczoły odgrywają jakąś rolę we włączaniu i wyłączaniu DNA.

 

Po wszystkich tych latach badań jedno jest dla mnie jasne: zjawiska psi, czy jest to uzdrawianie, czy materializowanie przedmiotów, czy bi-lokacja, czy cokolwiek innego, nie mają prawie ŻADNEGO związku ze stanem czyjegoś uduchowienia. W ramach mojej pracy spotkałam się z rodziną, której członkowie potrafili dotykiem ręki "zatrzymywać strumień krwi", jednakże prawie wszyscy byli alkoholikami, prowadzili rozwiązły tryb życia, wykorzystywali swoich partnerów i dzieci i generalnie można by powiedzieć, że byli etycznie wybrakowani. A mimo to, niektórzy członkowie tej rodziny posiadali interesującą "moc" i byli często wzywani przez sąsiadów i przyjaciół do ratowania życia - nawet wtedy, gdy trzeba było w tym celu wyciągać ich z baru ledwie żywych z przepicia!

 

Inną ciekawą sprawą są liczne wzmianki o zapoczątkowaniu występowania zjawisk psi u ludzi w następstwie dotkliwych urazów głowy czy silnych porażeń prądem. Prąd elektryczny może zmienić DNA wpływając na przepuszczalność błon włókien nerwowych lub zmieniając stan równowagi  lub budowę neurotransmiterów, "włączając lub wyłączając" w ten sposób DNA. (W pewnym momencie wrócę do szczegółów technicznych, żeby czytelnik mógł naprawdę wykorzystać to w swoim życiu.)

 

Wygląda na to, że tym, co "stoi pomiędzy" fizycznym a eterycznym światem, pomiędzy 3-cią a 4-tą gęstością, i co znajduje odbicie w naszej świadomości, jest nasze DNA. Wydaje się ono być "interfejsem" lub "systemem opracyjnym", decydującym na ile dobrze i w jakim stopniu nasze dusze mogą manifestować się poprzez instrumenty naszych ciał w trzeciogęstościowej rzeczywistości. Pewne praktyki, które nazwalibyśmy "ekstatycznymi" (włączając w nie trzy wyżej omówione drogi), wpływają - jak pokazano - zarówno na prąd elektryczny w ciele, jak również na substancje chemiczne, a w szczególności na hormony i neurotransmitery.

 

Wielokrotnie odnotowywano, że jedynie 2% naszego DNA uczestniczy w kodowniu białek, które tworzą nasze ciała; całą resztę uważa się za "śmieci". Na temat przyczyn takiego stanu rzeczy istnieje wiele teorii, z teorią "Samolubnego Genu" włącznie, postulującą, że ludzie są po prostu tworami powołanymi do życia przez DNA w celu jego własnej reprodukcji!

 

Kolejna sprawa: wygląda na to, że wykorzystujemy zaledwie 5-10% naszego mózgu, i również na temat tego przyczyn istnieje wiele teorii. Chciałabym zasugerować, że jest tu pewien związek.

 

Mamy więc z czym się borykać - ciekawa seria czynników wskazujących, że DNA jest daleko bardziej interesujące i tajemnicze, niż moglibyśmy przypuszczać.

 

Z jednej strony posiadamy tak naturalnie nadane "moce", a z drugiej strony mamy ludzi potrafiących zaangażować się w pewne działania, które tymczasowo lub na trwałe zmieniają coś w ich fizjologii - a widocznym tego efektem jest uwolnienie się od praw 3-ciej gęstości. Problem jedynie w tym - jak już wspomniano powyżej - że zmiana taka nie obejmuje wszystkiego. Staje się ona zaledwie "kropką" na ekranie, anomalią, wskazówką, że coś się dzieje, ale bez umiejętności zastosowania w "czterech ciałach", nie ma ona żadnej praktycznej wartości. Dla dalszego ciągu naszej opowieści istotny będzie poniższy wątek z kasjopeańskich transkryptów. Rozmowa dotyczyła "Symboli Rzeczywistości", manifestujących się w ciele jako fizyczny ból związany z jakimś patologicznym zaburzeniem.  

10-10-98
A: Kiedy ktoś rejestruje sygnał o bólu ... czy może to być symboliczny znak potencjalnego rozwoju neo-fizyczności?
Q: Znałam wielu ludzi, który cierpieli ból i byli nieszczęśliwi.
A: Ale dlaczego nieszczęśliwi? Pomyśl, moja droga... i pamiętaj, twoja świadomość operuje na czterech poziomach, nie na jednym! Ciało fizyczne, świadomość, ciało genetyczne i ciało duchowo-eteryczne.
Q: Czy są to owe cztery składniki ludzkiej manifestacji w 3-ciej gęstości?
A: 3-ciej i 4-tej. Człowiek sam - poprzez działania fizyczne oraz psychiczne -  nabawia się tych "problemów", kiedy przygotowuje się do "wzniesienia się" o oczko w górę.  

Pamiętajcie co powiedział Uspieński:

Cztery Drogi są drogami wyzwolenia się spod zbędnych praw. Można pokazać ci Drogę... ale pracować musisz sam. Większość z tych praw, których musimy przestrzegać, jest rezultatem naszego snu i naszej nieświadomości. Każdy krok stawiany w kierunku wzrostu świadomości czyni nas bardziej wolnymi. Przypuśćmy, że człowiek jest zadowolony z mechanicznego życia. Odcina się wtedy od wyższych wpływów [które mogą go nauczyć, jak sie obudzić] i przyjmuje tylko wpływy [z niższych poziomów, włącznie z własnymi skłonnościami]. Na pewno znajduje się w gorszej sytuacji od człowieka, który przyjmuje wpływy z wyższych światów. Wiele wpływów można przyjmować mechanicznie, wiele innych wymaga wysiłku... [Uspieński, podkreślenia moje.]

Zatem cała sprawa wydaje się koncentrować wokół utrzymywania kontaktu z "wyższymi wpływami". Rozmawialiśmy już o mnożących się channelingach, jakie przewalają się przez całą naszą planetę - co dzień wzrasta ich ilość i mnogość odmian. Przedyskutowaliśmy również fakt, że niektóre z nich, jeśli nie większość, to w rzeczywistości "wpływy" z niższych poziomów. Używając potocznego języka, mam tu na myśli różnicę pomiędzy kontaktem z jakimiś "martwymi kolesiami" a komunikacją z prawdziwymi źródłami z wyższych GĘSTOŚCI.

Dlaczego dokonuję takiego rozróżnienia? Czyż "martwy koleś" nie jest duszą z "piątej gęstości"? Czy komunikacja z "martwymi kolesiami" nie jest faktycznie komunikacją z 5-tą gęstością? Czyż nie czyni jej to "wyższą"? A co z komunikacją z istotami 4-tej gęstości? Jasne, że są one "wyżej". Cóż, jest to kwestia wzrostu świadomości i "wybierania" wpływu, pod oddziaływaniem którego chce się pozostać, i NIE jest to takie proste jak się niektórym może wydawać!

Jak już wspomniałam to o ile wiem, aż do momentu kontaktu Ra z Elkinsem, Rueckertem i McCarty, koncepcja 4-tej gęstości była niedookreślona. Tak, Gurdżijew oczywiście mówił o niej i jak się uważa, wiedzę tę posiadł od tajnych starożytnych szkół wiedzy tajemnej w Azji Środkowej. Ale wydaje się, że jego ekstrapolacje na ten temat mogły doprowadzić do pewnych "zniekształceń". Po dyskusji z moim mężem Arkiem uważam, że - wziąwszy pod uwagę dzieła Gurdżijewa i jego wykłady na temat własnych doświadczeń - owe różnice w tym co Gurdżijew mówił i robił wydają się świadczyć o tym, iż w zasadzie "eksperymentował" on ze sposobami, jakimi mógłby otworzyć zwykłych ludzi zachodniej kultury na wyższe zrozumienie, tak żeby mogli dostosować to zrozumienie do swojego życia. Mogło nawet być tak, że otrzymał takie zalecenie, ale równie dobrze mógł to być jego własny pomysł.

Niemniej jednak, zanim pojawiły się idee gęstości nie mieliśmy tak na prawdę zbyt wielu opcji dotyczących istnienia: było istnienie fizyczne lub astralne, martwe lub żywe, w ciele lub poza ciałem, na Ziemi lub w niebie/piekle. Taki był wybór. Gdy umierałeś na Ziemi, miałeś jedynie opcję istnienia "eterycznego" czy "astralnego", lub coś w tym rodzaju. Byłeś "w duszy" lub "w ciele".

Oczywiście nie było to takie całkiem proste. Tak jak istnieją ekonomiczne i klasowe podziały na Ziemi, tak też wszelkiej maści źródła podają zawiłe i złożone systemy "poziomów i stopni" zaawansowania na planie astralnym. Od Heleny Bławackiej, Rudolfa Steinera, Alice Bailey oraz wielu innych aż po dzisiejszą, co tydzień inną, menażerię, wszyscy razem nadodawali niezliczonych odmian tych planów, pod-planów i ich systemów hierarchicznych. Te wszystkie wyjaśnienia powstawały prawdopodobnie w odpowiedzi na rosnącą świadomość, że w tym "innym świecie" jest coś podejrzanego! Chociaż każdy uważał, że po śmierci albo idziesz od razu do nieba żeby siedzieć z Bogiem, Buddą czy kimkolwiek innym, albo też spadasz natychmiast prosto do piekła, to stawało się coraz bardziej oczywistym, że NIE może to tak wyglądać. Te liczne głosy dające się słyszeć ze "świata duchów", jasno dawały do zrozumienia, że toczy się tam BARDZO skomplikowana aktywność, wykraczająca poza możliwości ludzkiej percepcji i zrozumienia. A część tych działań jest ewidentnie niesympatyczna.

Żeby rozwiązać ten problem podsunięto więc ludzkości plany i podplany, plany przyczynowe [causal planes] i śród-przyczynowe [mid-causal]. Kluczem dla określenia ważności bądź przydatności takich informacji staje się zatem określenie, z bytem z którego POZIOMU ktoś się komunikował.

Naturalnie kiedy ta hierarchia zostanie już zdefiniowana, następnym razem taki duch niewątpliwie stwierdzi, że należy do najwyższych poziomów!

W tym okresie chaosu zrobiono w pewnym momencie wielki krok w historii channelingu - był to Seth. Michael Topper napisał o nim:

To co sprawiło, że materiał Setha stał się tak godny uwagi i co pozwoliło mu przetrwać do dnia dzisiejszego, ma wiele wspólnego z samą chanellującą, Jane Roberts, która - oprócz spisywania otrzymywanego tekstu - prowadziła równolegle kronikę wewnętrznych zmagań z samym zjawiskiem channelingu. Jednolita jakość, konsekwencja i integralność nauczań Setha, trwających wiele lat (w odróżnieniu od dzisiejszych jednorazowych źródeł), wynikła w dużej mierze z dziwności i nieznajomości w tym "wczesnym" okresie takiego zwyczaju nawiedzania czyjejkolwiek świadomości oraz z tego, że trafiły one na racjonalną i inteligentną - krytyczną i początkowo zupełnie sceptyczną - osobowość.

Jak z perspektywy doświadczeń stwierdza Roberts, na początku podchodziła z dużą rezerwą i niechęcią do udziału w tak ekstremalnym zjawisku, co istotnie trzymało wszystko w równowadze, a przez to pomogło komunikacji utrzymać stabilność gdzieś pomiędzy potencjalnymi mieliznami jej egoizmu z jednej strony, a redukującą racjonalizacją z drugiej. Jak każdy z nas zapewne przyzna, istnieje kolosalna różnica pomiędzy tymi starannie monitorowanymi, przeczesywanymi i przygotowywanymi sesjami, a współczenym opasłym dorobkiem dumnie zbieranym na przestrzeni dziejów od momentu pojawienia się Wezwań Setha, kiedy to główną atrakcją ostatnich książek wydaje się być sama Channelująca, bogato zaprezentowana na stronach wkładki ze zdjęciami skromnie zatytułowanej "od dzieciństwa do wieku dojrzałego" (na których wdziawszy piramidalną oślą czapkę w napływie czystego kaprysu, staje się nagle i nieoczekiwanie Przypadkowo Odkrytym Gospodarzem dla jakiegoś materializującego się bytu, dla pełnej jasności ogłaszającego już na samym początku Swoje Oświecenie!)

Biorąc pod uwagę całość materiału Setha, możemy go zarekomendować choćby tylko dla tej jego wielkiej zalety (całkiem naturalnej dzisiaj, lecz zupełnie wyjątkowej podówczas), że do obszaru psychologicznej rzeczywistości wprowadza on istotny klucz prawdopodobieństwa. Wcześniej idea ta była wyłącznie osobliwością fizyki, pojawiającą się tylko na poziomie nieokreśloności Heisenberga, opisując "położenie i pęd elektronów". Koncepcja wprowadzona przez Setha pozwoliła ludzkości uwolnić materialny umysł od jego zafiksowania na skostniałym, przyczynowym warunkowaniu i na deterministycznych hipotezach dotyczących działania. Omówienie przez Setha wielowymiarowości i rozgałęziających się prawdopodobnych ścieżek świadomej nawigacji po stanie czuwania-snu, przysłużyło się do przesunięcia punktu równowagi w stronę psychicznej teraźniejszości, pomagając tym samym zluzować umysłowe kleszcze dominującej psychologii behawioralnej i dokonać sporo spóźnionej korekty w religijno-duchowym nacisku na karmę czy też nieodpartą presję przeszłych czynów, warunkowania mnemonicznego itp.

Pod tym więc względem materiał Setha służył swojemu celowi wyśmienicie. A celem tym było dopomóc świadomości w zrobieniu kolejnego wielkiego kroku, kroku koniecznego do wejścia w całkowicie nowy Etap postępu i rozwoju duchowego. [Topper]

(Naprawdę uśmiałam się z tej powyższej skrytej aluzji Michaela Toppera pod adresem Ramtha, kiedy pisze (oczywiście odnosząc się do J. Z. Knight): "... wdziawszy piramidalną oślą czapkę w napływie czystego kaprysu, staje się nagle i nieoczekiwanie Przypadkowo Odkrytym Gospodarzem dla jakiegoś materializującego się bytu, dla pełnej jasności ogłaszającego już na samym początku Swoje Oświecenie!)

Spędziłam mnóstwo czasu zajmując się duchowymi nawiedzeniami, opętaniami, obsesjami oraz związanymi z tym dolegliwościami i mogę was śmiało zapewnić, że byty po drugiej stronie potrafią kłamać i KŁAMIĄ. Dr William Baldwin pisze:

Do nawiedzenia przez ducha może dojść bez przyzwolenia gospodarza. Zdaje się, że jest to pogwałcenie wolnej woli. Podobnie nawiedzenie przez ducha może przeczyć przyjętej zasadzie, że każdy jest całkowicie odpowiedzialny za tworzenie swojej rzeczywistości i dlatego trudno tu szukać winnych. Pozorny konflikt bierze się z definicji przyzwolenia i wyboru z wolnej woli. Niewiedza i zaprzeczanie możliwości ingerencji ducha nie chronią przed nawiedzeniem. Wiara czy też brak wiary w istnienie niepożądanych bytów nie ma wpływu na rzeczywistość tych bytów ani na ich zachowanie.

Swoim stanem zaprzeczania i ignorancji większość ludzi nie odmawia przyzwolenia tym nie-fizycznym intruzom. Odrębne, suwerenne istoty mają prawo nie zgodzić się na jakiekolwiek wykorzystanie ich czy wtargnięcie ze strony innego bytu. Mając ograniczoną, jeśli wogóle jakąś, wiedzę i zaburzoną percepcję natury świata duchów, tej nie-fizycznej rzeczywistości, wielu ludzi otwiera się i w ramach tworzenia swojej własnej rzeczywistości kreuje swoją bezbronność. Wśród wielu entuzjastów "New Age" modne są dzisiaj próby channelingowania z jakimiś wyższymi mocami, duchowym nauczycielem bądź mistrzem, który użyje strun głosowych każdego chętnego, żeby przekazać "słowa mądrości". Niektórzy zwracając się poprzez channeling do ducha, używają określenia "dla mojego najwyższego dobra". Taki sposób działania stanowi przyzwolenie i zaproszenie dla bezcielesnego ducha. Identyfikatory takie jak  "mistrz" i "nauczyciel" oraz kwalifikatory takie jak "moje najwyższe dobro" będą potwierdzane przez owe byty jako osobiste, obowiązujące identyfikatory, cechy i atrybuty.

...Gospodarz jest zazwyczaj nieświadomy obecności podczepionych duchów. Myśli, pragnienia i zachowanie podczepionego ducha są doświadczane jako własne myśli, pragnienia i własne zachowania. Myśli, uczucia, nałogi i pragnienia nie wydają się obce, jeśli były obecne od dłuższego czasu, często wręcz od dzieciństwa. To główna przyczyna powszechnego negowania tej koncepcji i nieakceptowania zjawiska ingerencji bezcielesnych duchów, nawiedzeń, opętań i zawładnięć.

W większości przypadków doświadczyć i uznać rzeczywistość takiego stanu można dopiero po uwolnieniu podczepionego bytu. Uświadomienie sobie może nastąpić po kilku miesiącach od samej sesji uwalniania, kiedy zauważy się nagle brak znajomego nastawienia, uzależnienia czy zachowania.

Symptomy podczepienia się ducha mogą być bardzo subtelne. Podczepiony duch może być obecny, nie dając jednocześnie żadnych zauważalnych symptomów.

...Żyjący ludzie mogą mieć dziesiątki a nawet setki podczepionych duchów, jako że nie zajmują one fizycznej przestrzeni. Duchy mogą podczepiać się do aury albo unosić się w aurze na zewnątrz ciała. Jeśli jakaś część ciała gospodarza jest fizycznie osłabiona, duch może podczepić się do tego obszaru z powodu analogicznego osłabienia czy zranienia fizycznego ciała tego ducha przed jego śmiercią. Duch może przebywać w jednej z czakr gospodarza, przyciągnięty przez szczególną energię tej czakry lub fizyczną strukturę tego poziomu danego ciała.

...Psychiczny, emocjonalny i fizyczny wpływ podczepionego bytu może zmienić oryginalną opcję karmicznej drogi oraz możliwości stojące przed gospodarzem. Może zmienić zaplanowaną linię życia przyśpieszając śmierć lub przedłużając życie, wtrącając się tym samym w którymś specyficznym punkcie testowania. Byt przeciwnej płci może zmienić seksualne preferencje gospodarza i jego orientację seksualną. Podczepiony byt może wpłynąć na wybór współmałżonka lub wybór partnera do pozamałżeńskiego romansu. [Baldwin, 1992]

Jak się wydaje wiele tego typu rzeczy z pewnością się gdzieś tam zdarza. Baldwin sugeruje, że ilość osób mających w danym momencie przynajmniej jedną taką "doczepkę" sięga 100%!!! Byłam doprawdy w szoku, gdy przeczytałam o takiej ilości. Faktycznie, ucząc się technik terapeutycznych miałam MNÓSTWO obaw na ten temat. Po prostu wydawało mi się to zbyt mocno naciągnięte i szalone, nawet jak na moje otwarto-umysłowe podejście do rzeczywistości.

W ramach eksperymentu zaczęłam więc używać techniki "diagnozy różnicowej" w stosunku do osób, które zgodziły się uczestniczyć w pewnej "doświadczalnej terapii", ale nie były poinformowane o szczegółach, co będzie to za sobą pociągało. Myślę, że w mniejszym lub większym stopniu spodziewały się raczej czegoś dramatycznego, a nie serii zręcznie obmyślonych pytań mających na celu ujawnienie obecności podczepionych duchów. W momencie kiedy przechodziłam do pytań mających zidentyfikować podczepionego ducha, starałam się zrobić to w subtelny sposób, "ukrywając" te pytania wśród pozostałych, zupełnie niewinnych. Oczywiście nie chciałam "zanieczyścić" swojego eksperymentu, byłam więc BARDZO zmyślna! Jeśli idea owa [powszechności zjawiska] była oszustwem, zdecydowana byłam to zdemaskować!

Wyniki były niemal oszałamiające. Przypadek za przypadkiem, za każdym razem BYŁO coś podczepione, zazwyczaj więcej niż jedno coś. Najbardziej mnie zaskoczyło, że ta terapia uwalniania w zadziwiający sposób DZIAŁAŁA! Uporczywe problemy związane ze standardowymi terapiami hipnotycznymi, wykorzystującymi powtarzające się sugestie oraz/albo sugestie posthipnotyczne (które czasami działały, a czasami nie), mogłyby faktycznie zniknąć niemal natychmiast po wypędzeniu przywiązanego bytu. W kilku przypadkach osoby pozostające w mało zadowalajacych, czy wręcz żałosnych związkach małżeńskich i niezdolne do wyplątania się z nich (bo "zemdlałyby na samą myśl" albo "same kwestionowałyby" słuszność swoich argumentów przemawiających za rozstaniem), nagle uwalniały się od tych lęków, współuzależnień i tak dalej. W kilku z tych sesji udało się ustalić, że dana osoba w pewnym dogodnym momencie została nawiedzona przez byt pragnący sam być w związku z partnerem tej osoby, więc podczepił się pod nią i pierwsze co zrobił, to tak wpłynął na nią, żeby poślubiła właśnie tego partnera! Za każdym razem kiedy "gospodarz" próbował opuścić związek, zaczynała się toczyć, aż do znudzenia, wewnętrzna walka przeszkadzającą w zwycięstwie pragnień gospodarza - postrzegana zawsze jako własne obawy i wątpliwości podmiotu, który zamierzał zerwać związek.

Fizyczne dolegliwości, lęki i fobie, uzależnienia oraz wszelkiego rodzaju "odchylenia osobowości" w magiczny sposób się ulatniały! Byłam kompletnie oszołomiona! Nie tylko to, ale odłożyć na półkę musiałam wszystkie swoje idee o dzieciach "chronionych przez swoją niewinność" przed takimi najazdami - w miarę jak stawało się coraz bardziej oczywistym, że do wielu podczepień dochodziło podczas bardzo powszechnych dziecięcych traum!

Cała rzecz w tym, że być może jest to część prawdziwego stanu uwięzienia ludzkości! Jak napisał powyżej dr Baldwin:

W stanie zaprzeczania i ignorancji większość ludzi nie odmawia przyzwolenia tym nie-fizycznym intruzom... wielu ludzi otwiera się i w ramach tworzenia swojej własnej rzeczywistości kreuje swoją bezbronność.

"W stanie ZAPRZECZANIA i IGNORANCJI... ludzie w ramach tworzenia swojej własnej rzeczywistości kreują swoją bezbronność". Fantastyczna koncepcja!

Bardzo niechętnie to przyznaję, ale to zdanie przez dłuższy czas pasowało właśnie do mnie. Tak naprawdę to w jakimś stopniu pasuje do nas wszystkich, dlatego zamierzam opowiedzieć wam kilka historii o moim "stawaniu się świadomą". Były to złożone wzajemne relacje wielu osób i każda z nich w niejednym momencie miała taką samą możliwość stania się świadomą i dokonywania wyborów w oparciu o tę świadomość.  Zobaczymy, jak przedstawiały się te wybory i jak zadziałały w Symbolach Rzeczywistości, poznamy też Owoce tych wyborów. Mam nadzieję, że kiedy już przerobimy te historie, będziemy w stanie jasno zrozumieć, jak "czytać znaki" oraz jakie mogą być tego wyniki, aczkolwiek każdy będzie miał swój własny pomysł, jak reagować na "lekcje" i co to jest "pożądany rezultat".

Jak do pewnego stopnia przedstawiłam to w Amazing Grace, odkrywanie "Prawdy i Sensu" naszego istnienia - czy choćby tylko MOJEGO istnienia - bo o ile wiem, wszystko inne jest iluzją - stanowiło siłę napędową całego mojego wewnętrznego i zewnętrznego życia. Za każdym razem, gdy brałam udział w jakiejkolwiek działalności, zawsze towarzyszyła mi myśl, że dzięki temu będę mogła dowiedzieć się czegoś o Bogu. Nawet kiedy byłam na etapie kompletnie materialistycznego ateizmu, traktowałam to wszystko jak "eksperyment". W młodości studiowałam wikkę i różne inne formy szamanizmu, magię rytualną i tak dalej. Byłam tu ostrożna z fizycznym eksperymentowaniem, wybierając raczej dogłębne studia i porównywanie, myślę więc, że oszczędziłam sobie wielu problemów, które póżniej zaobserwowałam u ludzi nie zachowujących takiej rezerwy w stosunku do "praktyk".

Przeplatanie się wszystkich tych badań odbywało się oczywiście na tle religijnych wierzeń mojej rodziny - wywodzącej się z długiej linii kaznodziejów i katechetów. Wpływ ten był bardzo silny, więc kiedy tylko docierałam do końca jakiegoś szczególnego badania, które w efekcie okazywało się być jedynie "fragmentem odpowiedzi", moja zaprogramowana skłonność kierowała mnie z powrotem na tę samą rodzinną religijną ścieżkę - aż do czasu kiedy dawałam się znęcić kolejnym badaniom. Oznacza to tyle, że długie lata moich badań i poświęcenia się zdobywaniu wiedzy przerywane były okresami Drogi Mnicha. Jako nastolatka marzyłam nawet, że "gdy dorosnę" zostanę zakonnicą.  Doświadczałam chyba cyklicznych zmian pomiędzy zimną intelektualną analizą a namiętnym poszukiwaniem "intymnej, emocjonalnej relacji z Bogiem".  Co ciekawe, w każdy z tych stanów wchodziłam z jednakową gorliwością i oddaniem.  Co więcej, gdy byłam w jednym z tych "trybów", zdawało się, że całkiem odkładałam na bok ten drugi - z praktycznego punktu widzenia nie istniał, pozostawał "nieaktywny". Znam dobrze rozdzierającą walkę "podążania ku współczuciu, czystej pasji i woli... dążenia do uczucia pełni i jedności wszystkiego". Głęboko rozumiem "podążanie śladem miłości w chwili obecnej, otwarcie serca na owo teraz i trwanie w miłości". Wiem z własnego doświadczenia, że "nie jest to zazwyczaj spokojne ani ciche". Wiem także jak to jest, kiedy do pewnego stopnia osiągnie się ten stan i jaką za to cenę musi zapłacić umysł i ciało. Mam wiele ciepłych uczuć dla tej drogi. Ale jak już mówiłam, jestem osobą praktyczną i szczególnie walczyłam o znalezienie punktu równowagi pomiędzy pracą umysłu i emocjami. Muszę naprawdę kontrolować swoje pragnienie "doszczętnego wypalenia się", "rozdania wszystkiego biednym" i poświęcenie się zwyczajem męczennicy na wszelkie możliwe sposoby.  I jest to o wiele dla mnie trudniejsze od podporządkowania wszystkich moich emocji tylko jednej z nich w celu rozwinięcia emocjonalnej woli.

Jak wspomniałam w Amazing Grace, w pewnym momencie życia zdecydowałam, że "droga serca" jest naprawdę moją drogą. Oddałam się jej całą sobą. Miałam 30 lat i poszukiwanie Boga w wiedzy kompletnie mnie wykończyło, w każdym razie nie osiągnęłam niczego, co by mnie satysfakcjonowało, tak więc nagabywanie mojego (ex)męża do "powrotu do Boga" w tradycyjnym, podstawowym wydaniu, było jak zarzucenie kotwicy nęcące mnie do "odsapmięcia". Krótko mówiąc, podjęłam stanowczą decyzję skoku na główkę w otchłań "religijnego odjazdu".

Jako że nie należę do osób mających zwyczaj robić coś na pół gwizdka, odłożyłam na bok myślenie i całą wiedzę i w zasadzie z własnej woli oraz z własnego wyboru podporządkowałam się nowemu wyzwaniu. Byłam przekonana, że "wiara zabierze mnie do domu". By zobrazować, jak byłam w tym skuteczna, podzielę się z wami zabawnym wydarzeniem. Krótko po podjęciu wspomnianej decyzji siedziałam w kościele z (ex)mężem i dziećmi. Obserwowałam porządek nabożeństwa, wstawanie, siadanie, kartkowanie modlitewnika żeby zaśpiewać hymn, klękanie, modlenie się i tak dalej. Nagle - dzięki swoim terapeutycznym doświadczeniom - zdałam sobie sprawę, że cały ten proces był formą hipnozy. Kiedy studiowałam masową i grupową hipnozę, uczono nas o czymś takim, co się nazywa "nastawieniem na tak". Nastawienie na "tak" ma za zadanie wprowadzić ludzi w stan łagodnego transu, ożywić ich funkcje mózgowe, a następnie wzmocnić ich podatność na pogłębienie transu i poddanie się sugestiom. Dokonuje się tego prowokując grupę ludzi do odpowiedzenia "tak" na serię pytań albo do zgodzenia się z ciągiem niewinnych wniosków. W ten sposób "powierzają swoją wolę" osobie prowadzącej. "Charyzmatyczni" mówcy mogą osiągnąć taki efekt umyślnie zadając kolejno kilka takich pytań (co najmniej trzy), co do których mają pewność, że wszyscy, lub prawie wszyscy, odpowiedzą twierdząco. Na przykład polityk mógłby rozpocząć swoje przemówienie wyborcze od takich pytań:

"Macie już dość wysokich podatków?"
"Macie już dość zbrodni i przemocy w tym kraju?"
"Jesteście zmęczeni tym, że wasze ciężko zarobione pieniądze są coraz mniej warte?"

Mało kto nie odpowie twierdząco na te trzy pytania. Jednak przytakując, ludzie realizują pierwszy etap naprowadzania!

Uświadomiłam więc sobie, że w tym kościele - i we wszystkich kościołach na świecie na przestrzeni wieków - ludzie są poddawani hipnozie. Co sobie wtedy pomyślałam? No tak, ponieważ podjęłam tę swoją decyzję, doszłam do wniosku, że wszystko jest w porządku, bo ta hipnoza miała słuszny cel! Tak jest! To moje własne słowa! Kiedy już coś robię, idę na CAŁOŚĆ!

Prawie natychmiast moje życie zaczęło się zawalać.

Oczywiście pełne zaangażowanie się na tej ścieżce oznaczało, że jedyną dopuszczalną interpretacją tego zjawiska mogło być "przetestowanie mojej wiary". Nie będąc kimś, kto łatwo rezygnuje z powodu przerostu wyobraźni, nie zamierzałam dopuścić by takie rzeczy jak pogarszający się stan zdrowia, długiotrwałe cierpienia, śmierć kogoś ukochanego czy jedna finansowa katastrofa za drugą, mogło mnie powstrzymać! O nie! Pościłam, modliłam się i pracowicie kształtowałam swoje myśli i emocje po to i tylko po to, żeby "podążać ku współczuciu, czystej pasji i woli...  dążyć do uczucia pełni i jedności wszystkiego... podążać za miłością w chwili obecnej, otwieraniem serca na ten moment i trwaniem w tej miłości". Coraz więcej spraw obracało się przeciwko mnie, ale im więcej cierpiałam i im intensywniejsze stawały się ataki z zewnątrz i od wewnątrz, tym silniejsza stawała się moja determinacja. Nie miałam nawet ochoty pytać, "dlaczego?" Czytałam w kółko księgę Hioba, żeby pocieszyć się, że przynajmniej nie jestem osamotniona w swoim cierpieniu. Regularnie usiłowałam wczuwać się w cierpienia Chrystusa na krzyżu, żeby w porównaniu z nimi nie dało się żadnych moich doświadczeń nazwać cierpieniem! Nie czułam najmniejszej urazy z powodu robionych mi przykrości, czy były zamierzone, czy też nie. Wybaczałam, kochałam, a swój ból uśmierzałam przetapiając je w tyglu cierpień w czystą i żarliwą miłość do Boga, Jezusa i całej ludzkości.

Łatwo jest mówić o cierpieniu w sposób abstrakcyjny, ale jak je naprawdę rozumiem? Cierpienie jest względne. Pasuje tu stare powiedzenie "płakałam, bo nie miałam butów, aż spotkałam człowieka bez stóp". Nie chcę wdawać się w szczegóły, więc opiszę to zwięźle.

W 1980 roku chorowałam z wysoką gorączką, co doprowadziło do uszkodzenia zastawek serca. W roku 1984, kiedy fizyczna praca związana z koniecznością zadbania o dom i trójkę dzieci, opieką nad wiekową już babcią oraz dbanie o podupadające wtedy sprawy zawodowe obciążyła mi serce do tego stopnia, że byłam bliska zawału, zdałam sobie sprawę, że jestem w ciąży z czwartym dzieckiem. A zaszłam w ciążę pomimo używania środków antykoncepcyjnych! Mój "religijny odlot" oznaczał oczywiście rezygnację z jakiegokolwiek rozważania kwestii własnego zdrowia i poświęcenie go na rzecz dziecka (podjęłabym taką samą decyzję nawet teraz). Zaczęły zawodzić nerki i przypomniały o sobie urazy będące następstwem kontuzji doznanych w dzieciństwie. (Wskutek upadku na rolkach poważnie uszkodziłam sobie kręg lędźwiowy, a po upadku z konia ucierpiała miednica/kość krzyżowa.) Podczas trzech moich poprzednich ciąż byłam w stanie zapewnić sobie kompetentną opiekę. Ale teraz, za sprawą pogarszającej się sytuacji finansowej, możliwa była opieka jedynie w minimalnym zakresie.

Byliśmy też w tym czasie nękani przez jakiegoś rodzaju "nawiedzenia". Moja córka postrzegała to jako "aligatora za oknem", a my wyczuwaliśmy to w "chłodnych miejscach" domu i "zauważaliśmy" kątem oka. Patrząc z perspektywy czasu - wiele wskazywało na jakąś działalność typu "uprowadzenie", ale w tamtym okresie nie miałam niczego takiego w bazie swojej wiedzy.

W środku tego piekła u mojej babci zaczęły się pojawiać przerzuty raka, który pozostawał w remisji przez 11 lat. Fizycznie nie byłam w stanie unieść tego wszystkiego na swoich barkach, a jednak jakoś udało mi się tego dokonać. (Patrząc wstecz, nie mam pojęcia JAK było to możliwe!) Byłam CAŁY czas wyczerpana próbując uporać się z rzucawką porodową, cukrzycą ciążową, sercem, które chciało "wyskoczyć" kilka razy dziennie, trójką małych dzieci, depresją męża, unikającego problemu, co zrobić w tej sytuacji, oraz umierającą babcią, która znaczyła dla mnie więcej niż matka. W międzyczasie nasz były partner w biznesie, moja własna matka, do której mieliśmy największe zaufanie, której opiece powierzyliśmy cały nasz finansowy majątek, opróżniła nasze konta bankowe, wyczyściła nasze karty kredytowe, a teraz zaskarżała nas do sądu, by przejąć nasz dom!! I zrobiła to!

(To był jeden z tych smutnych przypadków starzenia się "południowej piękności" naciągniętej przez oszusta, który wyczuł, że może się przy niej napaść. W miarę jak jego zachcianki stawały się droższe, jej zachowanie i racjonalizacja tego co robiła stawały się coraz bardziej dziwaczne. Przekonał ją, że ma "prawo" do pewnej ilości pieniędzy, ignorując fakt, że wydatki można pokrywać z dochodów firmy, po odliczeniu kosztów. Gdy nie dostała połowy przychodów, wmówił jej, że ją oszukujemy! Tak więc skutecznie zabijała gęś znoszącą złote jaja poprzez niszczenie nas finansowo. Oczywiście gdy gęś zdechła, naciągacz znalazł sobie inną "dojną krowę", a moja matka "obudziła się" przerażona swoim dziełem. Musiało jednak upłynąć sporo czasu, zanim do tego doszło).

Gdzieś w tym czasie miało miejsce coś, co nazwałam moją "łódkową wyprawą do Damaszku". Przewoziliśmy naszą łódź z doku oddalonego o 40 mil na północ od naszego miejsca zamieszkania, żeby umieścić ją na przystani, gdzie miała zostać sprzedana. Z powodu rozkładu zajęć jechaliśmy nocą. Czterdzieści mil to niewiele, kiedy jedzie się samochodem, ale wielki krążownik do transportu nie robił 60 m/h, podróż zajęła więc wiele godzin. Podczas gdy ja prowadziłam, mój (ex)mąż był na pokładzie i doglądał mocowań itp. Siedziałam sama w kabinie i nie było tam niczego prócz jarzącej się na czerwono deski rozdzielczej i niskiego dudnienia silnika pod podłogą. Ta podróż była jakby wstępem do tego, że wszystko zmierzało do "katastrofy". Walczyłam z cierpieniem, wściekłością i oszołomieniem, modląc się gorączkowo, żeby zrozumienie, współczucie i miłość wypełniły moje serce pomimo tej beznadziejnej sytuacji.

Chciałam być pełna Miłości Boga. Chciałam podciągnąć wszystkie doświadczenia pod to jedno stanowcze poświęcenie przynoszące "pokój, który przekracza zrozumienie". Raz za razem powtarzałam: "pomóż mi Panie! Pomóż mi!" Męki, które znosiłam były o wiele głębsze, niż da się to objąć rozumem czy wyrazić słowami. Apostoł Paweł opisuje to w 8 Liście do Rzymian: "...podobnie także Duch przychodzi z pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami". [wers 26]

Cóż, początek tego wersu brzmi tak: "Podobnie także Duch przychodzi z pomocą naszej słabości..." To co zdarzyło się później, odczułam jak rosnące ciepło w splocie słonecznym, a towarzyszyło temu dziwne brzęczenie w uszach, które przerodziło się niebawem w swego rodzaju "niesłyszalne BUM!" Mogę to opisać jedynie przyrównując do kogoś głuchego jak pień, kto stoi pomiędzy dwoma ogromnymi chińskimi gongami, w momencie gdy te zostają równocześnie uderzone. Gdzieś głęboko w duszy rezonowało to ze swego rodzaju długim, powolnym i rytmicznym wewnętrznym dźwiękiem, który rozchodził się wokół mnie jak ciepły, pocieszający obłok. I usłyszałam głos. Niesłyszalny i jakby nie całkiem "w mojej głowie", ale mimo wszystko głos, który był nieziemsko głęboki i ekstatycznie czuły.

"WIESZ że cię KOCHAM, moje dziecko - powiedział. - Ale dopóki nie usuniesz spomiędzy nas ciemności, nic nie mogę zrobić". Słowa te wprawiły w drganie każdą cząstkę mojego ciała w głębi istnienia, tak że nie sposób tego opisać.

"CO?!?" Rozpłakałam się. Przez głowę przebiegły mi wszystkie aspekty mojego życia. Jak w przysłowiowym momencie przed samą śmiercią, gdy całe życie staje przed oczami, przejrzałam każdy aspekt mojego istnienia, włącznie ze wszystkimi drogami, na których usiłowałam spełniać jedynie wolę Boga. Nie potrafiłam znaleźć ani jednej dziury w tym "ślubowaniu", gdzie mogłoby czaić się zło.

Wtedy usłyszałam odpowiedź, nie wyrażoną jednak w słowach. Był to film, który przewinął się przez mój umysł/duszę/świadomość. Zobaczyłam swoje dzieci w serii ujęć pokazujących głęboką miłość i oddanie, którymi je obdarzam. Najwyraźniej film ten miał mi dać do zrozumienia, że moja ogromna miłość do dzieci była jedynie "ludzką" miłością i w żaden sposób nie mogła równać się z miłością Stwórcy do tego, co stworzył. Byłam zalana tą miłością. Koiła i ciepło pieściła w takim stopniu, że nie da się tego przekazać.

Scena zmieniła się i ujrzałam swoje dzieci ostrzegane przed kolonią mrówek. Miały zostawić mrówki w spokoju i nie "bawić się w brudzie" mrowiska. Jednak dzieci jak to dzieci - ich zaciekawienie mrowiskiem i nieznajomość mrówek w połączeniu z ryzykancką, naiwną dzielnością doprowadziły do tego, że zaczęły wskakiwać do mrowiska tylko po to, żeby zobaczyć co się stanie. Efekt był taki, że nagle całe były w mrówkach, które gryzły i szczypały, a dzieci biegły do mnie i wrzeszczały, żebym pomogła im uwolnić się od tych mrówek.

Zaczęłam je wtedy uspokajać, strzepywać z nich mrówki i wyjaśniać, że mogłabym pozbyć się mrówek, posmarować ugryzienia maścią dla złagodzenia bólu, ale nie będzie z tego żadnego pożytku, jeśli nie wyciągną nauk z tego doświadczenia.

No tak, z pewnością nie rozumiałam, co wspólnego ma moje życie z dziećmi bawiącymi się z mrówkami! "Czym są mrówki?" - zapytałam. "Czym jest zło w moim życiu?"

I znów pojawił się ten głos, tym razem pobrzmiewał srogością połączoną ze smutkiem: "Ucz się!"

I zaczął się oddalać, brzmiąc coraz ciszej, aż warkot silnika zaczął przywracać mnie do świadomości. Nadal czułam się przepełniona wielką miłością, która pojawiła się w pierwszej części tego "oddziaływania". Nazywam to w ten sposób, ponieważ raczej nie była to wizja w ścisłym tego słowa znaczeniu, choć miało to coś wspólnego z wizjonerstwem.

Przez całe tygodnie ta miłość mnie podtrzymywała i z pewnością jej potrzebowałam.

Moja babcia zmarła dwa tygodnie po tym, jak szeryf dostarczył zawiadomienie o eksmisji stwierdzające, że utraciliśmy prawo własności i musimy opuścić dom, który najpierw przez ponad 40 lat należał do niej, a potem przepisała go na mnie, a ja z kolei na swoją matkę, żeby obniżyć podatek przez wpisanie jej nazwiska. (Podatki były niższe, ponieważ ona mogła otrzymać większą ulgę). Moja babcia zmarła tak z powodu złamanego postępowaniem córki (mojej matki) serca, jak i z powodu raka.

W efekcie byliśmy bezdomni i spłukani. Mieliśmy nadal swoją własną nieruchomość, ale była niezabudowana i położona na odludziu. Mogliśmy ją sprzedać i wykorzystać pieniądze na wynajęcie jakiegoś domu, ale wiedziałam, że to tylko chwilowe rozwiązanie. Z pewnością nie mogliśmy sobie pozwolić na zakup domu, ponieważ mój (ex)mąż był zbyt przybity, żeby móc pracować, a szansa na kredyt przepadła wraz z upadkiem interesu. Sprzedaliśmy więc trochę sprzętów, które były nadal w naszym posiadaniu, zarobione pieniądze przeznaczyliśmy na zakup materiałów budowlanych i przeprowadziliśmy się do lasu, by "żyć na łonie natury". Zbudowaliśmy mały dom i wprowadziliśmy się do niego z najpotrzebniejszymi rzeczami, oddając większość moich mebli, książek i dobytku do przechowalni. Jedyny luksus, jaki zatrzymaliśmy dla siebie, to moje pianino. Tak mieszkaliśmy - chatka w lesie, bez prądu i bieżącej wody, ale w rogu stało pianino!

Ten okres to codzienna walka, by zapewnić dość jedzenia dla moich dzieciaczków, żeby nie musiały iść spać głodne. Przez większość czasu nie miały nawet butów, a jedynie dzięki ludzkiej życzliwości miały jakieś ubrania. Po posiadaniu wcześniej kilku domów, lokat inwestycyjnych i biznesu, zostaliśmy praktycznie z niczym. No, była praca.

Nie wiem jak wielu z was zakosztowało filozofii/stylu życia "na łonie natury", ale to MNÓSTWO roboty. Kiedy masz ręczną pompę na podwórzu w odległości około 12 metrów od domu, sporo pracy wymaga przyniesienie do domu wody w ilości potrzebnej dla pięciu osób do normalnego życia - zwłaszcza, gdy trójka z nich to małe dzieci. Moja już mocno nadwyrężona kondycja fizyczna nie nadawała się naprawdę do tak ciężkiej pracy. Byłam jednak zdecydowana utrzymać możliwie normalny standard życia, więc kwestią determinacji i woli było robienie tego wszystkiego, co musiało być zrobione, niezależnie od pogarszającego się stanu zdrowia.

Dość tego lamentowania! Wystarczy powiedzieć, że przez ten cały okres byłam pewna, że moja wiara wystawiona jest na "testowanie" i "próbę ognia". Ani przez chwilę się nie zawahałam. Przyznaję, budziłam się często w nocy w takim psychicznym i emocjonalnym bólu z powodu utraty mojej babci (rzeczywiście) i matki (psychicznie), jak również troski o przyszłość moich dzieci, że wstawałam i chodziłam w ciemności załamując ręce i płacząc. Znajdowałam ciche, odosobnione miejsce, siadałam, kołysałam się i łkałam walcząc o wytrwanie w poszukiwaniu "umiłowania tej chwili", żeby być w stanie zmierzyć się z kolejnym dniem. Wciąż byłam zaintrygowana poleceniem "uczenia się", które otrzymałam tak wiele miesięcy wcześniej, na łodzi. Potrzebowałam ponownego kontaktu. Było to w czasie, kiedy zdecydowałam, że jedynym sposobem osiągnięcia tego celu jest prawdziwe otworzenie serca na Boga, tak by mógł wypełnić mnie na stałe tym, czego tak bardzo potrzebowałam. Zrodziła się myśl, że muszę wyciszyć mój wewnętrzny i zewnętrzny głos, by słyszeć codziennie głos potwierdzający obecność Boga we mnie.

Przeszukiwałam Biblię pod kątem wskazówek, jak zabrać się za to zgodnie z wytycznymi religii. Znałam medytację i wiedziałam, że jest to sposób na osiągnięcie "kontaktu", ale od kiedy miałam swój "religijny odjazd", wszystko co robiłam, musiało iść po tej linii. Znalazłam odniesienie w Psalmach, gdzie psalmista mówi: "I będą się podobać mowy ust moich i rozmyślanie serca mego przed obliczem twoim zawsze. O, Panie".

Dobrze, to mi wystarczy! Znalazłam więc, w samej Biblii! Zaczęłam medytować na Miłość Boga. Wydawało się, że to właściwy sposób, by robić to zgodnie z regułami. I wtedy właśnie zaczęło się coś naprawdę "wydarzać". Jak napisałam w "Amazing Grace", pewnej niedzieli siedziałam w kościele podczas modlitwy pastora. Modliłam się gorliwie z pastorem, żeby Bóg zesłał na mnie Ducha Świętego i pomógł mi zrozumieć to, co chciałam zrozumieć. Żona pastora, utalentowany muzyk, wygrywała niebiańskie harmonie do słodkiego głosu pasterza naszego stada, zatraconego w akcie modlitwy. To była moja ulubiona część ceremonii, ponieważ on był taki uczony i dobitny, a ona była jego utalentowaną partnerką w służbie Bogu.

Nagle usłyszałam jakieś brzęczenie czy skwierczący dźwięk, podobny do odgłosu bekonu smażonego na patelni, a głos pastora i donośne "amen" zgromadzonych zabrzmiały jakby z daleka i metalicznie, dokładnie tak, jakbym słyszała ich mowę dobiegającą z głośnika pod wodą.

To mną wstrząsnęło, zamrugałam oczami, żeby sprawdzić, czy mój wzrok się nie pogorszył, pomyślałam bowiem, że może mam jakiś udar czy coś takiego. Byłam kompletnie skonsternowana widząc jak na Pastora, stojącego na podwyższeniu, mocno trzymającego się obiema rękami poręczy, z zamkniętymi oczami i odchyloną głowę w głębokim akcie modlitwy, nałożył się lśniący, żywy obraz WILKA!

To dokładnie tak jakby wyświetlać na nim film, gdzie obraz wilka w pełnych kolorach był rodzajem "alter ego" i wszystkie swyrazy ekspresji pastora były zanieczyszczone i przekręcone przez dopasowujące się zachowania wilka. Gdy pastor poruszył rękoma czy potrząsnął głową - to samo robił wilk. Rozwarte, groźne szczęki tej postaci z piekła rodem dokładnie dopasowały się do każdego ruchu ust pastora! Nie była to całkiem rzeczywista postać - można by powiedzieć, że była "wyświetlona".

Szybko rozejrzałam się po sanktuarium, żeby upewnić się, że to kompletne złudzenie, i doznałam szoku widząc podobne "nakrycia" na wszystkich obecnych tam ludziach. Wielu z nich było owcami, ale były również świnie, krowy i inne stworzenia.

Byłam PRZERAŻONA! Na pewno sam diabeł wziął mnie w obroty! Oto stałam pośrodku kościoła, widząc naszego ukochanego pastora pod postacią WILKA! To z pewnością jakaś klątwa!

Zamknęłam oczy i modliłam się mocniej. Dziwny dźwięk utrzymywał się, a ja otworzyłam oczy żeby ponownie zerknąć. Wilk nadal odgrywał miłą dla ucha modlitwę pastora.

Mocno zacisnęłam powieki i modliłam się, i modliłam, łajałam/ganiłam Szatana, aż w końcu zaczęłam w kółko odmawiać "Ojcze nasz", żeby przegonić ten obraz z mojej rzeczywistości. Wkrótce wszystko zaczęło zanikać i kiedy otworzyłam ponownie oczy, wilka już nie było, a ja przyjęłam z OGROMNĄ ulgą swoje zwycięstwo w tej bitwie z Szatanem.

Kilka tygodni później dotarliśmy do kościoła nieco spóźnieni i myśleliśmy, że nabożeństwo już się zaczęło. Byliśmy zaskoczeni widokiem wszystkich wiernych zgromadzonych przed drzwiami kościoła, kręcących się jak stado zagubionych owiec. Dowiedzieliśmy się, że pastor "zniknął cichcem", innymi słowy opuścił kościół tylnymi drzwiami, sprzeniewierzając ogromną ilość pieniędzy z funduszów przeznaczonych na opłacenie budynku i dofinansowanie różnych organizacji. Odnaleziono nawet rachunek za wynajem doku dla sporych rozmiarów jachtu, który był również opłacony przez kościół bez powiadamiania o tym jego członków. Całe drogie wyposażenie luksusowej plebani wyparowało, hipoteki obydwu budynków były skrajnie obciążone, elektryczność bliska wyłączenia... a pastor ze swoją rodziną wyjechał w nieznanym kierunku. Można powiedzieć - prawdziwy "wilk w owczej skórze".

Byłam oszołomiona. Zrozumiałam, że moja "wizja" była dokładnie tym, o co się modliłam: Duch Święty wyjawił mi "prawdę". A ja złajałam ją i odrzuciłam!

Wpłynęło to moją wiarę w możliwość pozostawania "w kontakcie" z Bogiem czy kimkolwiek innym, kto rządził tym Wszechświatem. Wyraźnie ujrzałam ukrytą prawdę, a własne niezdecydowanie i wiara w autorytety przeszkodziły w mojej "komunii z Duchem Świętym".
Zrozumiałam rzecz podstawową: jeśli naprawdę modlisz się o przewodnictwo, głęboko i szczerze, ono NADEJDZIE, ale może nie być tym co chcesz usłyszeć ani tym w co wierzysz i może być sprzeczne z tym co mówią inni lub czego nauczają.

To jednak oczywiście nasuwało inne pytania. Przede wszystkim - jak sprawdzić, kiedy jest to zwodniczy wpływ, a kiedy rzeczywiście mamy do czynienia z Boskim Objawieniem? Skoro iluś tam ludzi twierdzi, że otrzymują objawienie od "Ducha Świętego" i te objawienia są wzajemnie sprzeczne, to albo ktoś jeden ma rację, a reszta nie, albo wszyscy są w błędzie. I pozostaje nam tylko nasza wiedza i rozsądek, z pomocą których możemy analizować i porównywać.

Tym oto sposobem "wróciłam do książek".

Ale powinnam tu zaznaczyć: miałam wiarę, pilnie i żarliwie się modliłam, zmagałam się i walczyłam o tę miłość, która podporządkowywała wszystkie moje pozostałe emocje tej jednej, wszechobecnej i pełnej Miłości Boga - i ona z pewnością CZEGOŚ dokonała!

W tym czasie miały również miejsce inne "wydarzenia", które można by nazwać wizjonerskimi i ekstatycznymi, ale pominę ję, jako że nie miały związku z tą historią. Wystarczy jak powiem, że na wszelkie sposoby potwierdzały one, że muszę NAUCZYĆ się czym jest "ukryte", ażeby wiedzieć, co akceptować jako prawdę albo - ewentualnie - częściową prawdę.

Niedługo później przyszło na świat moje czwarte dziecko i byłam w zasadzie ZMUSZONA spędzać więcej czasu na studiowaniu i medytacji i - jak niektórzy z was wiedzą - w rezultacie powstała książka "The Noah Syndrome", która rozwinęła się później do The Secret History of the World.

Miałam wówczas 33 lata, z czego ostatnie trzy spędziłam na tym "eksperymencie", który początkowo wcale nie miał być eksperymentem, na tym się jednak skończyło.

Tak więc doszłam do wniosku, że kiedy masz jakieś pytania, twoje życie staje się odpowiedzią. Wszystkie twoje doświadczenia, interakcje i tak dalej, kształtują się wokół jądra odpowiedzi, której poszukujesz w swojej duszy. W tym wypadku pytanie brzmiało: "jak być Jednością z Bogiem", a odpowiedź: "odpowiedzią jest Miłość", musisz jednak posiadać wiedzę, czym Miłość jest naprawdę. Jak mówi autor Listu świętego Jakuba:

Bracia moi, uważajcie za wielką radość, gdy wpadniecie w rozmaite pokusy, wiedząc, że próba wiary waszej sprawuje cierpliwość. Cierpliwość zaś dokonuje dzieła doskonałego, abyście byli doskonali i nienaganni, nie uchybiający w niczym. Cierpliwość zaś dokonuje dzieła doskonałego, abyście byli doskonali i nienaganni, nie uchybiający w niczym. Jeśli zaś kto z was potrzebuje mądrości, niech prosi od Boga, który daje wszystkim obficie i nie wymawia, a będzie mu dana. Niech zaś prosi z wiarą, nic nie wątpiąc; bo kto wątpi, podobny jest do fali morskiej, poruszanej i miotanej wkoło wiatrem... Cóż za pożytek, bracia moi, gdyby kto mówił, że ma wiarę, a nie miałby uczynków? Czyż wiara może go zbawić?... Tak i wiara, jeśliby nie miała uczynków, martwa jest sama w sobie. Widzicie, że człowiek bywa usprawiedliwiony z uczynków a nie z wiary tylko? Albowiem jak ciało bez ducha jest martwe, tak i wiara bez uczynków jest martwa. [Biblia Ks. Wujka]

Zrozumiałam, że ubóstwo w moim życiu, męczarnie i cierpienie, utrata rzeczy, które kochałam, i wiele pokrewnych i złożonych wydarzeń były wyrazem mojego aktualnego stanu bycia. Gdy podjęłam decyzję pójścia w "wiarę bez wiedzy/uczynków" wybrałam śmierć, ponieważ "wiara bez uczynków jest... martwa".

Ale czym są te uczynki? Czym jest to, co Bóg daje wszystkim obficie i nie wymawia? Wiedzą.

"Ponieważ to, co można o Bogu poznać, jest im jawne; albowiem Bóg im objawił. Gdyż niewidzialne jego przymioty, od stworzenia świata, przez zrozumienie tych rzeczy, które są uczynione, bywają poznane, wieczna też moc jego i bóstwo; tak że nie mogą być wymówieni". [Biblia Ks. Wujka]

Zgodnie z perspektywą Sufich, nie ma Boga poza Bogiem i wiedza zajmuje się poznaniem Boga. Żeby jednak posiąść wiedzę o Bogu, trzeba wykorzystać pośrednictwo kreacji, która w rzeczy samej jest celem wszystkiego co istnieje. Ona nie tylko JEST Bogiem, ona jest ścieżką do Boga. Na poszukującym ciąży obowiązek poznania wszystkiego co możliwe, mając na względzie Boga. Wszystkie rzeczy muszą być zgromadzone w bazie wiedzy Poszukującego i zwrócone Bogu.

NIE pracować najpilniej nad poznaniem Boga poprzez stworzenie - wliczając w to wszystkie gałęzie wiedzy, sztuki i rzemiosła - oznacza, jak to określił apostoł, oddać sprawiedliwość Bogu.

...I jak im się nie podobało mieć w poznaniu Boga, [niewidzialne jego przymioty, od stworzenia świata, przez zrozumienie tych rzeczy, które są uczynione, bywają poznane, wieczna też moc jego i bóstwo; tak że nie mogą być wymówieni] Dla tego nie możesz być wymówiony, o człowiecze wszelki który sądzisz. W czym bowiem drugiego sądzisz, potępiasz samego siebie, bo co osądzasz, to samo czynisz...

To wydaje się być dokładnie tym, czego doświadczyłam. Zanurzyłam się w podróż w wiarę/miłość i światło i wszystko diabli wzięli!

Patrząc wstecz na opisane doświadczenia, wyraźnie myślałam i skupiałam się na "miłości i świetle oraz wierze". Ale NIE tego doświadczyłam w swojej kreacji! Aczkolwiek w zabawny sposób otrzymałam odpowiedź na swoją wiarę! Ale jaką odpowiedź! Zupełnie NIE taką, jakiej oczekiwałam!

Tak, ostatnio pewien korespondent zauważył, że mam swego rodzaju wrodzoną zdolność "manifestowania", która jest tak silna, że w odpowiedzi na mój wewnętrzny stan gwałtownie i dramatycznie zmieniło się moje środowisko i doświadczenia. Być może tak jest, ale nie sądzę, żebym była w tym osamotniona. Myślę, że do pewnego stopnia jest tak z każdym człowiekiem. JEST prawdą, że tworzysz swoją własną rzeczywistość, a w pewien pokrętny sposób jest też prawdą, że dzieje się to dzięki temu co myślisz i na czym się skupiasz... ale kryje się w tym prawdziwy Paragraf 22 i tym czynnikiem zajmiemy się w następnej kolejności!

 


Właściciele oraz wydawcy niniejszych stron pragną oświadczyć, że materiał tu prezentowany jest wynikiem ich badań i eksperymentu w Komunikacji Nadświetlnej. Zapraszamy czytelnika by przyłączył się do naszego poszukiwania Prawdy poprzez czytanie z otwartym, ale sceptycznym umysłem. Nie zachęcamy tu do "dewotyzmu" ani też do "Prawdziwej Wiary". Zachęcamy STANOWCZO do poszukiwania Wiedzy oraz świadomości we wszystkich obszarach działania jako najlepszego sposobu, by być w stanie odróżnić kłamstwa od prawdy. Jedno co możemy powiedzieć czytelnikowi: pracujemy bardzo ciężko, wiele godzin na dobę, i czynimy tak od wielu lat, by odkryć "sedno" naszej egzystencji na Ziemi. Jest to nasze zajęcie, nasze poszukiwanie, nasza praca. W sposób ciągły szukamy potwierdzenia oraz/lub pogłębiamy zrozumienie tego, co uważamy albo za możliwe, albo za prawdopodobne lub za jedno i drugie. Czynimy tak ze szczerą nadzieją, że ludzkość jako całość skorzysta z naszej pracy, jeśli nie teraz , to przynajmniej w jakimś punkcie w jednej z naszych prawdopodobnych przyszłości.

Skontaktuj się z administratorem serwera pod adresem cassiopaea.com
Prawa Autorskie (c) 1997-2005 Arkadiusz Jadczyk oraz Laura Knight-Jadczyk. Wszystkie prawa zastrzeżone. "Cassiopaea, Cassiopaean, Cassiopaeans," są zastrzeżonym znakiem handlowym Arkadiusza Jadczyka oraz Laury Knight-Jadczyk.
Listy adresowane do Kasjopei, szkoły QFS, Arkadiusza lub Laury, stają się własnością Arkadiusza Jadczyka i Laury Knight-Jadczyk
Wtórne publikacje oraz wtórne rozpowszechnianie zawartości niniejszego ekranu lub dowolnej części niniejszej witryny w dowolnej formie jest stanowczo zabronione bez wcześniejszej pisemnej zgody autorów.

Jesteś gościem o numerze .